Regeneracja głupcze, czyli kiedy dać sobie na wstrzymanie?

Malcolm Gladwell, autor bestsellerowej książki „Poza schematem” uknuł taką teorię, że aby osiągnać poziom biegłości odpowiadajacy klasie światowej w dowolnej dziedzinie, należy zaliczyć 10 000 godzin ćwiczeń danej umiejętności. Tyle właśnie według niego potrzebuje ludzki mózg, aby przyswoić wszystko co należy, aby osiągnąć prawdziwą biegłość w konkretnej dziedzinie. I nie ma tutaj znaczenia to czy nazywasz się Messi, Kasparow czy Lang Lang. Oni też swoje przeszli. Bez pracy nie ma kołaczy, a historia pokazuje, że talent to nie wszystko.

Pamiętam jak wiele lat temu podczas wywiadu słynny kulturysta Jay Cuttler, wyznał, że próbował kiedyś podliczyć ile godzin spędził w swoim życiu na siłowni i ile serii zrobił? Być może Cuttler nigdy nie słyszał o Gladwellu i jego teorii 10 000 godzin jednak jest więcej, niż pewne, że grubo przekroczył ten limit i chcąc- nie chcąc potwierdził teorie pisarza zostając absulutnym mistrzem w swoim fachu. W dzisiejszym wpisię nie będę się jednak zajmowa tym, czy poświęcamy naszym celom sylwetkowym zbyt mało czasu? Z przekory zajmę się czymś przeciwnym – czy przypadkiem czasem nie poświęcamy go zbyt wiele?

We wspomnianym wywiadzie Jay Cuttler stwierdził, że poświecał treningom mnóstwo czasu i tak kochał trenować, że mógłby spędzać na sali treningowej całe dni. Dodał jednak, że dopiero z czasem zrozumiał jak istotna jest rola regeneracji. Wyznał, że gdyby w porę się o tym nie przekonał i nie porzucił szalonego stylu trenowania to świat prawdopodobnie nigdy by o nim nie usłyszał.

Z jednej strony świadomość i wiedza o ludzkim ciele jest na takim poziomie, że coraz więcej ludzi zaczyna zdawać sobię sprawę z wagi odpowiedniej regeneracji. Z drugiej jednak strony jesteśmy bombardowani hasłami w stylu „train hard or go home”, a gwiazda Youtuba-CT Fletcher, twardo przekonuje, że „nie ma czegoś takiego jak przetrenowanie”. Jak jest naprawdę? Czy przetrenowanie nie istnieje, a rola regeneracji jest przeceniana?

Pamiętam swoje początki z trenigniem, gdy wiele lat temu potrafiłem trenować codziennie spędzając na treningach godziny. Oczywiscie z dzisiejszej perspektywy wiem, że nie miało to żadnego sensu. Któż to jednak wtedy wiedział? Zasady treningowe, reguły, techniki? Kogo to wówczas obchodziło? Liczył się tylko trening i totalnie uzależnaijaca potrzeba skopania własnego tyłka. Wiem więc, że nie jest łatwo powiedzieć sobie „dość”, gdy naprawdę kochasz trenować. Zwłaszcza na początku gdy złapię się bakcyla do ćwiczeń, to czasem ciężko się kontrolować. Gdy widzisz pierwsze efekty swojej pracy to zrozumiałe, że łapczywie chcesz więcej i szybciej. A skoro tak, to naturalną koleją rzeczy zastanawiasz się jak przyśpieszyć krzywą postępu? Przez myśl przechodzi, że może potrzeba trenować dłużej? A może częściej? Kto tego nie przechodził?

W latach 70-tych w złotej erze kulturystyki popularne było trenowanie tzw. podwójnym splitem. Arnold i spółka trenowali nie rzadko 6 razy w tygodniu, dwa razy dziennie- rano i wieczorem. Pojedyncze treningi trwały po 2-2,5 godziny. Ci goście naprawdę kochali to robić i mieli w głębokim poważaniu regenerację. Wówczas poziom wiedzy o treningu i fizjologii wysiłku pozostawał wiele do życzenia. Dostęp do informacji również był mocno ograniczony, a czego oczy nie widzą tego sercu nie żal. Podstawową zasadą było: „dużo jest dobrze, ale więcej jest lepiej”. Mimo, że sylwetki dawnych mistrzów żelaznego sportu dalej budzą podziw, to dziś nikt poważny już tak nie trenuje.

Pierwszym, który zwrócił uwagę na istotę regeneracji w procesie kształtowania sylwetki był Arthur Jones – słynny konstruktor sprzętu treningowego Nautilus i twórca metody HIT (High Intensity Training). Powiedział kiedyś: „Nie znam recepty na sukces, ale z wielkim prawdopodobieństwem jestem w stanie dać przepis na porażkę: dać kulturystą to czego chcą: treningi łatwiejsze, dłuższe i częstsze. Ja daje im to czego potrzebują: treningi trudniejsze, krótsze i rzadsze”.

Arthur Jones

Arthur Jones

Jones uważał, że większość zawodników trenuje zbyt dużo i zbyt często, całkowicie ignorując rolę regeneracji, przez co nie są w stanie trenować z odpowiednią intensywnością i nie wykorzystują w pełni procesu superkompensacji, która jest podstawą postępu. Metoda HIT, której był prekursorem była oparta na krótkich, intensywnych treningach, przeplatanych odpowiednim czasem na regenerację. Od tego momentu wielu zaczęło inaczej spoglądać na istotę treningu i rolę odpoczynku.

Nieżyjący już Mike Mentzer, jeden z najlepszych kulturystów przełomu lat 70 i 80-tych wzorując się na myśli Jonesa rozpowszechnił trening o nazwie HEAVY DUTY, który oparty był na założeniach HIT. Nim z kolei inspirował się legendarny 6 krotny Mr. Olympia- Dorian Yates, który udoskonalił metodę Mentzera pieszczotliwie nazywając swój system treningowy: „Blood and Guts” („Krew i bebechy”). Tak to mniej więcej się potoczyło. Jakkolwiek wymienione metody nie były wolne od wad i nie są przedmiotem tego tekstu, to trzeba przyznać, że zwróciły one uwagę na kwestię regeneracji jako czynnika nie mniej istotnego od samego treningu. Od tego czasu hasło „więcej znaczy lepiej” nie było już takie oczywiste. I pewnie przeszło by to wszystko bez echa, gdyby nie fakt, że Ci panowie nie byli postaciami z pierwszej łapanki.

W innych dyscyplinach sportowych rola regeneracji również jest bardzo istotna i bez cienia wątpliwości, może decydować o ostatecznym sukcesie lub porażce. Przykład? Nie trzeba daleko szukać? W zakończonych przed paroma miesiącami mistrzostwach Europy w piłce nożnej, Polscy piłkarze zaprezentowali się z bardzo dobrej strony dochodząc do ćwierćfinału rozgrywek. Był to największy sukces polskiej piłki od 1992 roku i srebra na Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie. Być może nie każdy zwrócił uwagę, jednak podopieczni Adama Nawałki rozpoczęli zgrupowanie przygotowawcze od obozu regeneracyjnego, który miał na celu „naładowanie baterii” przed ciężkim turniejem jakim niewątpliwie są Mistrzostwa Europy. Trzeba bowiem pamiętać, że zarówno mistrzostwa świata jak i europy w piłce nożnej rozgrywane są zawsze zaraz po ciężkim sezonie ligowym po którym wielu piłkarzy ma w nogach 50-60 spotkań. Mając to na uwadze i wiedząc jak intensywny jest piłkarski kalendarz, to obóz regeneracyjny przed ważnym turniejem wydaje się całkiem dobrym pomysłem. Nie zawsze jednak tak było. Pamiętam jak w 2002 roku tuż przed mistrzostwami świata w Korei i Japonii polska bulwarowa prasa głosiła, że piłkarze reprezentacji Brazylii zamiast trenować do mistrzostw dobrze „bawią się” na plażach Copacabany. Tak został określony ich obóz regeneracyjny. Nasze orły w tym samym czasie ostro trenowały, aby podbić świat. Jak to się skończyło? Brazylijczycy w cuglach wygrali cały turniej, a nasza reprezentacja po dwóch spotkaniach z bagażem 6 goli w plecy mogła pakować walizki i udać się na zasłużony odpoczynek.

Ci panowie wiedzą jak się bawić.

Ci panowie wiedzą jak się bawić.

To samo powtarzało się na kolejnych wielkich turniejach w 2006 , 2008 i 2012 roku. Najpierw wielkie oczekiwania, rozbudzone nadzieję, a potem wielkie rozczarowanie. Tajemnicą poliszynela był fakt, że Polscy piłkarze chcąc jak najlepiej przygotować się do tych rozgrywek, bardzo ciężko trenowali na przed turniejowych zgrupowaniach. Prawdopodobnie zbyt ciężko, ponieważ na samych mistrzostwach byli cieniami samych siebie przypominając rozładowane króliczki z reklamy pewnych baterii. Być może już wówczas powinni wziąć przykład z Brazylijczyków? Ci jednak nie byli pionierami w swoim pomyślę.

W 1992 piłkarska reprezentacja Danii sensacyjnie zdobyła Mistrzostwo Europy. Nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie to, że do turnieju dostała się kuchennymi drzwiami, zastępując dosłownie w ostatniej chwili drużynę Jugosławii, która została z tych rozgrywek wykluczona. Duńscy zawodnicy zostali poinformowani o tym fakcie dosłownie w ostatnim momencie przez co nie mogli odbyć obozu przygotowawczego tak jak to tradycyjnie robiły i dalej robią inny ekipy. Piłkarze zostali sprowadzeni na turniej prosto z urlopów. Jednak wypoczęci, zregenerowani po ciężkim sezonie piłkarskim zwyciężyli cały turniej, do którego w normalnych okolicznościach nawet nie zdołali się zakwalifikować.

Przypadek? Nie sądzę.

Przypadek? Nie sądzę.

Nie ulega wątpliwości, że w zawodowym jak i amatorskim sporcie trzeba ciężko trenować, aby uzyskać efekt. To niezaprzeczalne. Trzeba jednak wiedzieć, kiedy docisnąć pedał gazu, a kiedy go zdjąć? Cytując klasyka: „trzeba się wyluzować”, a dokładniej trzeba wiedzieć, kiedy i jak to zrobić? Kto nie trenuje ten nie pije szampana, ale kto się odpowiednio nie regeneruje również się nim nie uraczy.

Nie wiedział o tym znany niemiecki trener Felix Magath, który słynął z żelaznej ręki i stosowania bardzo ciężkich metod treningowych. Nie przez przypadek piłkarze nazywali go „Sadam”. Mimo, że swego czasu odnosił niemałe sukcesy na polu trenerskim, to z czasem coraz więcej jego zawodników zaczęło narzekać na przetrenowanie i ekstremalnie ciężkie metody treningowe.

Felix Magath

Felix Magath

Im cięższe były treningi tym słabsze były wyniki czego efektem kariera Magatha zaczęła pikować mocno w dół. Prowadził coraz to słabsze zespoły, z których i tak kolejno został zwalniany. Dziś jest na peryferiach wielkiej piłki, a w środowisku uknuło się powiedzenie: „Chcesz zniszczyć klub? Zatrudnij Magatha”

Takich przykładów z życia, ukazujących jak istotna jest rola regeneracji jest całe mnóstwo i to w każdej dyscyplinie sportu. Zaniechanie tego czynnika, może mieć negatywny wpływ na realizacje określonych celów. Tak wiec gdy następnym razem usłyszysz hasło „train hard or go home” to zastanów się, czy tym razem nie lepiej iść do domu?

Do następnego razu

Maciek Gąsiorek

www.fitknowhow.pl

Autor: Maciek Gąsiorek